2026-02-06 18:54:00
Piłkarze Korony przystępowali do tego spotkania uskrzydleni udaną inauguracją tegorocznej fazy zmagań. W poprzedni weekend pokonali w gościnie 2:1 Legię Warszawa. Katem stołecznej ekipy okazał się wracający po długiej emigracji Mariusz Stępiński, autor obu goli dla zwycięzców.
Zagłębie dla odmiany zaliczyło falstart. Domowa porażka 0:2 z GKS-em Katowice obnażyła wszystkie ułomności zespołu. Pierwszych punktów trzeba było poszukać na trudnym terenie w Kielcach.
Korona uderza siłą rozpędu. Ale odwet “Miedziowych” okazał się zabójczy. Dwa ciosy w 120 sekund
Gospodarze powinni objąć prowadzenie już w siódmej minucie. Z trzech metrów głową uderzał wówczas przez nikogo nieatakowany Kostas Sotiriou. Mógł skierować piłkę w dowolny punkt bramki – zamiast tego przeniósł ją jednak nad poprzeczką.
Dziesięć minut później ten sam zawodnik brał udział w akcji, która zakończyła się golem. Jeszcze raz przymierzył głową, tym razem w światło bramki. Jasmin Burić odbił przed siebie futbolówkę, a Igor Orlikowski asekurował go tak nieudolnie, że po chwili egzekucji dokonał z bliska Pau Resta i było 1:0.
Krótko przed przerwą piłka trafiła do siatki Zagłębia po raz drugi. Tym razem niefortunnie interweniował jeden z defensorów. Arbiter bramki nie uznał, słusznie odgwizdując ofsajd centrującego spod linii końcowej Konrada Matuszewskiego.
Pierwszy kwadrans po zmianie stron należał do Jasmina Buricia. Golkiper Zagłębia dwukrotnie ratował swój zespół przed utratą drugiego gola. Najpierw zatrzymał groźne uderzenie Stępińskiego, potem spisał się rewelacyjnie przy kąśliwej próbie Antonina.
Goście odpowiedzieli tylko celnym strzałem Michała Nalepy, który usiłował sfinalizować centrę z kornera. Na posterunku był jednak Xavier Dziekoński. Rywale długo nie zmusili go do choćby umiarkowanego wysiłku.
Wydawało się, że ekipa Leszka Ojrzyńskiego nie jest w stanie odmienić losów spotkania. Zanosiło się na fatalny bilans po dwóch tegorocznych kolejkach: zero punktów, zero bramek.
Wstrząs nastąpił jednak w ostatnich fragmentach konfrontacji. W 84. minucie wyrównał wprowadzony z ławki Levente Szabo, wykorzystując olbrzymie zamieszanie w polu bramkowym przeciwnika. Mecz momentalnie nabrał rumieńców i jak się okazało, nie był to ostatni cios zadany tego dnia.
Nie minęło 120 sekund, a lubinianie byli już na prowadzeniu! Po dalekim wrzucie z autu w polu karnym Korony mocno się zakotłowało, a najgorzej wyszedł na tym Marcel Pięczek, również pierwotnie rezerwowy. Niefortunną interwencją wpakował piłkę do własnej bramki i raptem zrobiło się 1:2.
Wynik nie uległ już zmianie. Dzięki wygranej drużyna z Dolnego Śląska awansowała na czwarta lokatę w tabeli. To już strefa premiowana startem w europejskich pucharach.

Keep reading